Przygnębiony i zniechęcony Piąty przycupnął pod wyniosłym drzewem i popadł w zadumę nad swym osobliwym losem. Ciepły deszcz spływał mu po brudnozielonych łuskach i rozlewał się w coraz szersze, błotniste kałuże.
Piąty zastępca działu medycznego nie powinien żadną miarą szwendać się po polu bitwy. Hivistahmowie nie byli żołnierzami. Po odpowiednim przeszkoleniu nadawali się co najwyżej do służb pomocniczych. Bardziej ucywilizowani Waisowie czy Motarowie nie potrafili nawet tego.
Większość gatunków stroniła od wojennego barbarzyństwa. Nieliczni zachowali dość atawizmów, by stawać do walki. Dominowali wśród nich Massudzi. No i byli jeszcze Ziemianie. Coraz liczniejsi, straszni, nieprzewidywalni i wspaniali.
Jednak ani Massudzi, ani Ziemianie nie mogli dostarczać rekruta w nieskończoność. Wsparcie logistyczne musiało pozostać w rękach (lub mackach) innych gatunków, jak Bir'rimorowie, Leparowie, O'o'yanowie czy właśnie Hivistahmowie.
Wyróżniający się technik medyczny, w zespole znany jako Piąty, został przydzielony ostatnio na wysuniętą placówkę: w ruchomym punkcie dowodzenia potrzebowano sanitariusza. Był to przydział niebojowy i pozostałby takim, gdyby nie osobliwy przebieg niedawnego ataku kombinowanych sił Aszreganów i Krygolitów.
Piąty słyszał oczywiście plotki o nowych metodach walki przeciwnika, ale jak wszyscy puszczał te rewelacje mimo uszu.
Do dzisiaj. Ziemianie może odparliby ten atak, ale było ich zbyt mało, w dodatku walczyli w oddziałach rozrzuconych po całym obszarze planety Eirrosad. Owszem, było kilku w obsadzie punktu dowodzenia, paru w bezpośredniej eskorcie, ale to wszystko.
Trafionym kilkakrotnie i ciężko uszkodzonym pojazdem sztabowym starano się uciec. Przemykano na wysokości wierzchołków drzew, gdy eksplozja w przedziale silnikowym cisnęła nimi na zwarty baldachim liści. Sześć osób z załogi wypadło przez pęknięcia poszycia. Dwie trafiły na gałęzie wystarczająco sprężyste, by osłabiły upadek. Reszta nie miała tyle szczęścia.
Podrapany i poobijany Piąty zwiedził całe drzewo, nim runął ciężko w gęste krzewy błotnistego poszycia. Cudownym zrządzeniem losu nie zaznał niczego gorszego niż liczne siniaki.
To samo błoto, które ostatecznie ocaliło mu życie, czyniło Eirrosad nader niewdzięcznym miejscem do walki, która z oczywistych przyczyn przybierała najczęściej postać pojedynków ślizgaczy. Tylko samobójca próbowałby większej kampanii na mokradłach, pokrywających niemal całą planetę. Walczono zatem głównie w powietrzu i mało kto płoszył miejscowe żaby.
Poza osobnikami, którzy mieli ewidentnego pecha. Jak Piąty.
Tkwił bezradny pośrodku niezbadanych bagien, które odstraszały nawet Ziemian. Nie miał ani broni, ani wyposażenia, ani nawet komunikatora. Całe jego mienie stanowił zgniłozielony mundur sanitariusza i odrobina oleju w głowie. Nie łudził się, że to wystarczy. Na dodatek zamiast porządnych butów założył dzisiaj sandały. Tyle dobrego, że gęste listowie chroniło go nieco przed deszczem.
Zaczął się pocieszać, że ostatecznie temperatura jest znośna, nie musi się też obawiać krajowców, biednych i prymitywnych istot, żyjących we wzniesionych między drzewami osiedlach i nieustannie dziwujących się, jakie to boskie istoty obrały sobie ich świat za miejsce zmagań. Tubylcy byli unikatami, a to za sprawą posiadania trzech nóg. Dotąd trafiono w galaktyce na jeden tylko podobny przypadek i naukowcy cieszyli się jak dzieci. Dla wysiłku wojennego odkrycie nie miało żadnego znaczenia, chociaż może za tysiąc lat i Eirrosadianie będą mogli włączyć się do walki. Ale najpierw należało uchronić ich przez manipulacjami Ampliturów.
Poprawił gogle, które jakimś cudem nie zsunęły się z twarzy podczas upadku. I całe szczęście; zawsze to jakaś pociecha. Przytłoczony rozmiarem nieszczęścia, Piąty poszarzał na całym ciele; zwykła jaskrawa zieleń skóry ustąpiła miejsca barwie oliwkowej, która zresztą lepiej maskowała go w tym otoczeniu.
Mrugając podwójnymi powiekami rozejrzał się wkoło. Półmrok potęgował głębszą depresję. Hivistahmowie uwielbiali jasny blask słońca. Piąty przeklął w duchu zasłaniające niebo chmury, padający z nich deszcz i wszystkie wypadki, które cisnęły go w tę głuszę.
Spróbował spojrzeć na sprawę nieco trzeźwiej, świadom wszakże, że żadne rozmyślania nic tu nie pomogą. Nie wiedział, jak daleko ma do swoich, pamiętał jedynie, iż najbliższe posterunki powinny leżeć gdzieś na południu. Bezpieczny na pokładzie ślizgacza, nie zwracał uwagi na podobne drobiazgi; teraz miał zapłacić za ignorancję.
Jedno było pewne: czekała go długa i męcząca wędrówka.
Będzie musiał kosztować miejscowych owoców, dobrze, że chociaż wody miał pod dostatkiem. Paskudnej w smaku, ale zawsze.
To ostatnie nie mogło nijak martwić drugiego ocalonego. Hivistahm spojrzał nań z dezaprobatą. Jakby nie dość było wszystkich nieszczęść, ironia losu obdarzyła go najgorszym z możliwych towarzyszy podróży. Żeby to był Massud albo Ziemianin; ktoś mogący obronić go w potrzebie lub chociaż rozweselić, jak O'o'yan czy S'van.
Ale nie. Tym drugim był Lepar. Przedstawiciel najbardziej antypatycznej spośród wszystkich zrzeszonych w Gromadzie ras. Jej przedstawiciele byli nudni i sprawiali wrażenie ociężałych umysłowo. Na dodatek o wiele lepiej przystosowani do radzenia sobie w mokrym środowisku tej planety, co dla Hivistahma było raczej marną pociechą.
Nazywał się Itepu i jak na Lepara był nawet dość sympatyczny. Należał do załogi ślizgacza, gdzie sprawował jedną z podrzędnych funkcji. Robotę miał niewdzięczną i często musiał babrać macki w smarach.
Gdy tak stał obok w prostym mundurze (tylko szorty i bluza), z tylnymi, wyposażonymi w błonę pławną łapami zapadającymi się w błocie i nerwowo drgającym ogonem, wyglądał dwa razy bardziej nieszczęśliwie niż Piąty. Zachował pas z narzędziami i chociaż połowa zawartości wypadła gdzieś podczas katastrofy, reszta mogła przydać się podczas wędrówki.
Lewą rękę miał bezwładną; pokiereszował ją sobie padając na ziemię. Piąty opatrzył mu rany; była to pierwsza rzecz, którą zrobił, gdy spotkali się podczas poszukiwania ocalałych.
Medyk przyjrzał się przy tej okazji ogonowi Lepara. Co za pomysł, pomyślał, inteligentna istota z ogonem! Szerokie usta i ogromne, czarne oczy... Ani pozoru inteligencji. Ale Piąty wiedział, że w rzeczywistości wygląda to nieco inaczej. Leparom brakuje błyskotliwości, ale nie oznacza to jeszcze, że są upośledzeni, upomniał się w duchu Hivistahm. Swoje wiedzą, a na dodatek są równie oddani sprawie walki ze Wspólnotą, jak wszystkie inne, o wiele inteligentniejsze od nich rasy.
Itepu podszedł powoli do drzewa, pod którym przycupnął Piąty. Deszcz spływał mu kaskadami po zielonobrunatnej, lekko śliskiej skórze.
- Gdzie i kiedy stąd pójdziemy, przyjacielu?
- A skąd mam wiedzieć? - odparł Piąty, poprawił translator i wskazał delikatną łapką gdzieś na południe.
Lepar zastygł na chwile, wsłuchał się w szum deszczu, pomanipulował coś przy własnym translatorze i wetkniętej w ucho słuchawce. Czekał, aż wyższy stopniem Hivistahm uczyni pierwszy ruch.
- Winniśmy pospieszać - powiedział w końcu. - Nieprzyjaciel niedaleko.
- Wątpię. - Piąty zjechał niechcący z korzenia, na którym był przysiadł, i skrzywił się paskudnie, gdy nogi zapadły mu się po kostki w błotnistą maź. - Od jakiegoś czasu nie słychać już strzałów.
- W czasie deszczu mało co słychać.
Medyk powstrzymał ciętą odpowiedź. Nawet wolno myślący Lepar może mieć czasem rację.
- Chyba tak. Trzeba będzie ruszać.
Lepiej jednak umrzeć tutaj, niż dostać się do niewoli, pomyślał. Ampliturowie poddawali czasem jeńców indoktrynacji. Tu coś wymazali, ówdzie dodali i formowali posłusznego im "agenta". Piąty aż zadrżał na myśl o takiej perspektywie i skierował kroki na południe.
Pokryte cienką warstwą wody błoto hamowało kroki. Itepu zwolnił uprzejmie, by nie zostawiać Hivistahma w tyle.
Do wieczora zaszli nawet dalej, niż Piąty gotów był z początku oczekiwać. Gdy przysiedli wreszcie pod gigantycznym liściem i spróbowali zerwanego przez Lepara purpurowego owocu, Hiyistahm czuł się nieco lepiej. Miejscowa zwierzyna zostawiła ich jak dotąd w spokoju, w krzyżach nic nie łupało... W przypływie optymizmu pomyślał, że może nawet zdołają dotrzeć do celu.
Cel ten, o ile pamięć nie zwodziła, winien leżeć na zachodnim brzegu pewnej krętej rzeki płynącej z północy na południe. Gdyby dało się do niej dotrzeć, to mogliby zbudować tratwę i resztę drogi przebyć z nurtem. Zamierzył się dłonią na coś drobnego, pomarańczowego i wielce nachalnego. O ile miejscowe komary wcześniej nie wyssają z nas całej krwi, dodał w myślach.
Przywołał obraz całej swej, szeroko rozgałęzionej rodziny i odpłynął na chwilę w medytację. Lepar przyglądał mu się w milczeniu. Siedząc w błocie, Piąty zacisnął mocno powieki i przez moment był znów w kręgu bliskich; poczuł jasny blask słońca i ciepły, wygrzany piasek...
Odczekawszy jeszcze chwilę, Itepu odszedł jak najciszej i zaczął ryć w błocie, szukając jeszcze czegoś do jedzenia.
Nad ranem deszcz przeszedł w przelotne opady i łuski Piątego zaczęły wreszcie podsychać. Humor też jakby nieco mu się poprawił. Koło południa czuł się już na tyle dobrze, by nie wahać się przed postawieniem każdego kroku.
Uznał, że skoro przetrwali najgorsze, to pewnie dotrą do swoich, a wtedy czeka ich powitanie godne bohaterów. Nawet Massudzi i Ziemianie docenią taki wyczyn. Przypływ optymizmu pozwolił Piątemu zauważyć delikatną żółć rosnących w pobliżu kwiatów.
- Lubisz swoją pracę?
- Co? - Zdumiony medyk spojrzał na ponurego kompana. Przygotowywali sobie właśnie skromny nocleg.
- Swoją pracę - powtórzył wpatrzony w Hivstahma Lepar. - Lubisz ją?
Świat się kończy, Lepar zagaja rozmowę, pomyślał Piąty. Trwało chwilę, nim zdobył się na odpowiedź.
- I to bardzo. Robię to, w czym jestem dobry, i któregoś dnia awansuję może na stanowisko trzeciego a może i drugiego, jak my to nazywamy. A ty? - spytał i zdumiał się jeszcze bardziej, tym razem własnym zachowaniem.
- Nie myślę o tym wiele. - Itepu ziewnął tak szeroko, iż oblicze rozszczepiło mu się na dwoje. - Robię tylko to, czego mnie nauczyli.
Piąty budował skromny szałas z liści i odłamanych gałązek.
- Czasem tak jest lepiej. Szczególnie, gdy nie wszystkim daje się pomóc. Tak jak tym biedakom, którzy nie przeżyli katastrofy ślizgacza. Nic nie mogłem dla nich zrobić. To boli.
- Nie twoja wina. Ale powiedz, czy pomógłbyś też rannemu wrogowi?
Lepar i kwestie etyczne? Piąty nie podejrzewał nigdy, by te istoty wytworzyły cokolwiek na kształt własnej filozofii, więc teraz prawie go zatkało.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Pewnie wszystko zależałoby od okoliczności.
Itepu nic już nie powiedział i Piąty położył się spać wciąż lekko oszołomiony. Gdy obudził się rano, wieczorne pytanie wróciło, ledwo umył oczy.
Najważniejsze jednak, że przybyło mu pewności siebie, przestał powątpiewać w sens wędrówki. Nawet pogoda zdawała się im sprzyjać; deszcz ledwie kapał. Tak podniesiony na duchu, nie podskoczył nawet w panice, gdy czyjaś dłoń trąciła go niespodziewanie w ramie.
Itepu pochylał się nad nim i pokazywał coś drugą ręką. Piąty dopiero po chwili pojął, że Lepar domaga się na migi zachowania ciszy. Medyk podniósł się i ruszył za pochylonym kompanem miedzy drzewa.
Dwudyszny przycupnął za zwartą ścianą splątanych korzeni i pokazał coś przed sobą. Hivistahm spojrzał i omal nie syknął mimowolnie.
Całkiem niedaleko siedział Ziemianin, pewnie jeden z załogi ślizgacza eskorty. Musiał zostać zestrzelony przez Krygolitów. Bratni rozbitek. Piąty się ucieszył. Jeśli tamten był uzbrojony, to resztę drogi odbędą w towarzystwie prawdziwego obrońcy. W takich okolicznościach jeden Ziemianin wart był trzech Massudów, którzy o wiele gorzej znosili parny i wilgotny klimat Eirrosad.
Piąty chciał już wstać i zawołać Ziemianina, ale Lepar złapał towarzysza i ściągnął go z powrotem na ziemię.
- Wiem, co sądzisz - szepnął Itepu, przysuwając twarz do oblicza Hivistahma. - Ale to nie Ziemianin. Piąty pozbierał się na czworaki i zamrugał zdumiony.
- Że jak? Ziemianin jak się patrzy.
- Nie.
- Spójrz tylko. Smukły, proporcjonalny, wszystko się zgadza.
Dwudyszny zerknął przez szpary w korzeniach.
- Tak? No, to przyjrzyj się uważnie.
Zmieszany Piąty posłuchał niechętnie. Nie przywykł, aby Lepar mu rozkazywał.
Obcy wstał po chwili i zaczął badać najbliższe zarośla. Medyk nie dowierzał własnym oczom. Błyskawicznie skulił się za osłoną.
- Zaiste masz racje - sapnął z cicha. - To Aszregan! Zbudowany jak Ziemianin, ale Aszregan.
Wydatne łuki nad uszami, szerokie oczodoły, niewątpliwy Aszregan, pomyślał Piąty. Mimo wzrostu i budowy, jednak Aszregan.
- Ale to gigant jak na nich - mruknął Itepu. Medyk rozmyślał nad czymś gorączkowo.
- Na Krąg Rodzinny! To może być jeden z tych zmutowanych Aszreganów, którzy narobili tyle zamieszania na Koba. Słyszałem, że byli właśnie bardzo wysocy, szybcy i silni. Podejrzewa się, że Ampliturowie wyhodowali ich ze zwykłych Aszreganów.
Im dłużej obserwowali dziwną istotę, tym większa była pewność, że oto mają przed sobą jednego z tych na poły już legendarnych, zmutowanych żołnierzy. Był nawet wyższy niż przeciętny Ziemianin, więc nie dziwota, że Piąty się pomylił. Obie rasy były dość podobne.
Piąty pożałował ponownie, iż los nie odarzył go jakimś bardziej rozgarniętym towarzyszem niedoli. Co tu robić?
- Dziwne - mruknął. - Wygląda jak Aszregan, ale porusza się jak Ziemianin.
- Bioinżynieria Ampliturów - odparł lekceważąco Itepu. - Wybrali co wyższych Aszreganów i wszczepili im cechy Ziemian.
Nagle Lepar zastygł. Myślał powoli, ale wnikliwie. Poruszony oczyścił lewe oko grubym, czarnym językiem.
- Wiesz, co to oznacza? Na Koba znaleziono tylko dwa ciała takich istot, oba poważnie uszkodzone. Mamy tu egzemplarz nie tylko kompletny, ale i żywy. Gdybyśmy tak mogli pojmać go i wziąć ze sobą...
Piąty wytrzeszczył oczy na kompana.
- Zwariowałeś? Czy wiesz, do czego ten typ jest zdolny? Aszreganie to prawdziwi żołnierze. My nie.
- To nieważne - dwudyszny upierał się jak dziecko. - Dobrze by było, gdyby specjaliści mogli go zbadać. Wtedy można by zrozumieć, co właściwie zdarzyło się na Koba.
Medyk stuknął pazurami prawej dłoni.
- Jeśli podejdziemy bliżej, to nas zabije. Załatwi nas. Nie chce mieć nic wspólnego z tym szaleństwem.
Itepu spojrzał na Hivistahma uważnie.
Chyba nie spróbuje sam? - zastanowił się medyk. I pomyśleć, że w normalnych okolicznościach Leparowie wykazywali tyle inicjatywy, co marchewka w bukiecie z jarzyn.
- Jeśli Ampliturowie naprawdę potrafili wykształcić w Aszreganach cechy Ziemian i to w tak krótkim czasie - odezwał się w końcu Itepu - to Rada musi się o tym dowiedzieć. Naszą powinnością jest...
- Nie naszą - syknął z cicha Hivistahm. - Ja jestem asystentem od pierwszej pomocy, ty występujesz w roli niewykwalifikowanej siły fizycznej. Pojmanie tego typa do zadanie dla Massudów i Ziemian. My możemy co najwyżej postarać się jak najszybciej powiadomić o nim stosowne instancje.
Lepar zignorował protesty kompana i spojrzał znów przez korzenie.
- Wydaje mi się, że jest ranny. Nieprędko ktoś trafi na drugiego takiego samotnie plączącego się po lesie.
Instynkt podpowiadał Piątemu, by brać nogi za pas, ale ciekawość trzymała go wciąż na miejscu.
- Pewien jesteś?
- No, to zobacz, jak kuleje - szepnął Itepu.
- Nawet ranny jest groźny. Zwykły Aszregan byłby bardziej niebezpieczny niż my dwaj do spółki, a ten... - Hivistahm zadrżał na myśl o ewentualnej walce.
- Ale w pobliżu nie ma ani Massudów, ani Ziemian. Nikt nam nie pomoże. Albo sami zajmiemy się sprawą, albo zaprzepaścimy jedyną szansę.
- Trudno.
- Jeśli będę musiał, spróbuję w pojedynkę.
Już lepiej zginąć, niż zostać samotnym w tej gruszy, pomyślał Piąty.
- Co proponujesz? - spytał nagle, sam zdumiony własnymi słowami. - Zaatakować go? Nie mamy broni.
- On chyba też nie.
- Niech spojrzę. - Medyk wiedział, że Leparowie dość często bywali krótkowidzami i wolał sam sprawdzić. Przesunął gogle na czoło.
Aszregan znów przysiadł; jadł jakiś lokalny owoc. Wytężając wzrok, Piąty nie dojrzał nawet żadnego kija. Obcy miał podarte ubranie, prócz rany na nodze dokuczały mu jeszcze poparzenia i ogólne wyczerpanie. Nie nosił żadnego pancerza. Może to w ogóle nie żołnierz, tylko jakiś technik... Wprawdzie wszyscy Aszreganie byli przyuczani do walki, nie wszyscy jednak nosili broń.
Z Molitarem nie mieliby szans... Ani z Ziemianinem, pomyślał zgryźliwie Piąty. Gdyby jednak się udało, wtedy... Ho, ho... Krąg doceniłby ten wyczyn.
Ale jeśli się nie uda? Aszregan może zabić ich obu. Poszukał czegoś w sakwie z medykamentami i wydobył mały, plastikowy cylinder.
- Co robisz? - spytał cicho Itepu.
- Próbuję coś wymyślić. Nie przeszkadzaj - syknął Hivistahm. Połknął dwie wydobyte z cylindra tabletki. - Środek tonizujący. Nie upośledza reakcji, znosi skutki szoku bitewnego. Pozwala nawet na krótki udział w walce.
- Leparowie nie są w tym ani trochę lepsi od Hivistahmów.
- Jeśli chciałeś dodać mi odwagi, to ci się nie udało. Co zamierzasz? Nie znam się na walce.
- Musimy poczekać, aż zaśnie. Wtedy podkradniemy się i damy mu czymś w głowę.
- Wspaniale. Jeśli palniemy go za mocno, to umrze. Jeśli za słabo, to on z kolei przyłoży nam.
Dwudyszny się zastanowił.
- Nas jest dwóch. Jeśli pierwszy cios nie wystarczy, zawsze zdążymy z drugim.
Typowy sposób myślenia Leparów, mruknął pod nosem Piąty. Spróbował wczuć się w skórę prawdziwego żołnierza, choć gdy tylko zaczął, zaraz dopadła go drżączka i coś niebezpiecznie zabulgotało w brzuchu. Trudno, tym będzie musiała zająć się chemia.
- Widzę w pobliżu kilka głębokich dziur pełnych wody - powiedział Hivistahm i wskazał między drzewa. - Jeden z nas mógłby udać rannego i zwabić obcego. Dziurę można zakryć gałęziami i liśćmi. Udający rannego ominie ostrożnie pułapkę, ale prześladowca w nią wpadnie.
- Dobry pomysł - stwierdził Lepar z podziwem. - Nie wpadłem na to.
Jasne, że nie, pomyślał Hivistahm ze współczuciem. Ale to nie twoja wina, biedaku, dodał w myśli.
- Zwabisz Aszregana do pułapki. Ja będą czekał obok z... - Już chciał powiedzieć "pałką", gdy ugryzł się w język. Nigdy nie zmusi się, aby przyłożyć komuś w łeb czymś tak groźnym. - Będę czekał, aby upewnić się, że wszystko poszło jak trzeba - dokończył.
Towarzysz spojrzał nań poważnie.
- Nie biegamy szybko - powiedział i pokazał stopy z błonami pławnymi. Sandały zrzucił już dawno temu. - Szybko pływamy, ale na lądzie kiepsko nam idzie. Natomiast Hivistahmowie słyną ze sprinterskich talentów.
Dziwne, że nie pomyślałem o tym wcześniej, stwierdził w duchu Piąty.
- Nic z tego - powiedział głośno. - Żeby z rozmysłem wystawić się na pościg Aszregana... Nie potrafię.
- To będzie krótka pogoń - stwierdził Itepu. - Na krótki dystans zdrowy Hivistahm zawsze umknie okulałemu Aszreganowi. Oni mają krótkie nogi.
- Nie ten mutant - przypomniał medyk. - Ten ma giry jak człowiek.
- Nie będziesz musiał biec daleko. Ja... ja ukryję się w krzakach za dziurą i gdyby się zanadto do ciebie zbliżył, uderzę go kamieniem. - Oblicze Lepara nagle pojaśniało. - Właśnie, w ten sposób połączymy twój plan z moim.
- Owszem, chyba że ten tam jednak mnie złapie, a ty chybisz - mruknął Piąty z rezygnacją.
- Pewnego ryzyka nie da się uniknąć. Ale pamiętaj, że obcy jest ranny i na pewno nie może zbyt szybko biegać.
- To prawda - przyznał Hivistahm. - Może nawet nie być zdolny do podjęcia pościgu.
- Tak czy siak, zagrożenie jest niewielkie.
- A jak mam przyciągnąć jego uwagę?
Itepu się zamyślił.
- Rzuć czymś w niego. Przy odrobinie szczęścia trafisz w czułe miejsce.
- A w razie pecha? - spytał Hivistahm, zdobywając się na odrobinę sarkazmu. - Oznacza to jednak akcję ofensywną. Nie wiem, czy potrafię...
- No, to rzuć tak, by trafić obok niego. Wtedy nie będzie mowy o ataku.
- Zaiste - mruknął Piąty i nasunął gogle z powrotem na oczy. - Najpierw jednak musimy wybrać stosowną dziurę i dobrze ją zamaskować.
- Zajmę się tym - stwierdził Lepar i dwukrotnie mlasnął. - Robota akurat dla mnie.
A ja sobie popatrzę, pomyślał Hivistahm. To będzie moja specjalność.
Późnym popołudniem wszystko było gotowe. Itepu był zaiste mistrzem maskowania. Pułapka miała strome ściany i była dość głęboka, by nawet Aszregan nie zdołał z niej wyskoczyć.
Przez resztę dnia Piąty roztrząsał wciąż na nowo wszystkie szczegóły planowanej akcji, aż koło wieczora prawie nabrał pewności, że cała impreza ma sens. Ostatecznie wcale nie miał walczyć; jego rola ograniczała się do przyciągnięcia uwagi obcego i odpowiednio szybkiej ucieczki. Na krótkie dystanse biegał naprawdę szybko.
Jak najciszej mogli, podeszli pod legowisko Aszregana. Itepu mruknął coś we własnym języku, pewnie dla dodania sobie odwagi, i zniknął w gąszczu. Medyk został sam. Miał nadzieję, że Lepar wybierze wystarczająco duży kamień.
Czy to się dzieje naprawdę? - pomyślał w pewnej chwili. Czy naprawdę ja, Piąty, doświadczony asystent medyczny i członek wielu szanowanych Kręgów, podkradam się właśnie do żołnierza Wspólnoty?
Odezwał się strach.
Aszregan jest ranny i kuleje, przypomniał sobie Hivistahm.
Przestawił translator na mowę obcych. W razie czego słowa prowokują równie dobrze, jak kamienie. Rzecz jasna nie miał zamiaru wciągać obcego w konwersację, wystarczy, jeśli tamten zrozumie kilka słów.
Dopiero z bliska uświadomił sobie, jak potężny jest ten Aszregan. Ampliturowie wiedzieli, co robią. Sam, bez Itepu, Piąty był coraz mniej pewny siebie.
Jednak zbyt wiele wysiłku już ich to kosztowało, by cofać się w ostatniej chwili. Nie będzie przecież okazywał słabości przed Leparem. Z drugiej strony wiedział, że przecież nikt nie oskarży go o tchórzostwo; takie inwektywy miotano tylko wśród prymitywnych ludów.
Ostatecznie środki tonizujące pomogły. Hivistahm podjął decyzję.
Zdawało mu się, iż to ktoś zupełnie inny podnosi z błota nieduży, okrągły kamyk, że to ktoś inny ciska go w stronę Aszregana i wspiera mało imponujący rzut kilkoma dość łagodnymi obelgami.
Obcy zareagował zdumiewająco szybko. Skoczył na równe nogi i obrócił się na pięcie. Wysoki jak mutant, oblicze miał jednak typowo aszreganskie.
Ogłupiały nieco Piąty stał niczym sparaliżowany. Podskoczył kilka razy w miejscu, by odzyskać władzę w członkach i skrzywił się niemiłosiernie, chociaż obcy zapewne i tak nie potrafił wyczytać nic z mimiki Hivistahma.
Koniec końców wszystkie te osobliwe manewry dały jakiś skutek. Niczym złowrogi duch dżungli Aszregan przykucnął na moment i wyciągnął spod krzaka ukrytą dotąd starannie długą włócznię. Drzewce miała równie grube jak ręka Piątego, długością przewyższała nawet swego twórcę. W miejscu grota złowrogo lśnił obłupany na ostro kamień.
Przerażony Medyk wydał nieartykułowany okrzyk; wszelkie plany momentalnie wywietrzały mu z głowy. Rzucił się do ucieczki.